Dom czyli wykończenie psychiczne

Cześć wszystkim

Ostatnio miałam dół emocjonalny. Często chciało mi się płakać i trzy niedziele temu przepłakałam pół dnia. Było to spowodowane tym, że moi rodzice kompletnie mnie nie rozumieli. Mówiłam im moje obawy i problemy, a oni powiedzieli, że im też jest ciężko. No rozumiem każdemu czasem jest ciężko, ale oni nawet nie spróbowali mnie zrozumieć.

Bardzo często ostatnio się kłóciliśmy. Po prostu nie wytrzymywałam tego. Powiedziałam im, że kupię sobie żyletkę. A tata zapytał się mnie cytuję „Czy chce mieć łatkę psychiatryka”. Może nie pocięłam bym się, ale chciałam im dać sygnał, że już nie daje rady. Uważam, że cięcie się, jest to sygnał dość pilny, że w domu dzieje się coś nie dobrego.

Któregoś wieczoru wzięłam nożyczki i przejechałam sobie po ręce. Po ręce przejechałam ze dwa razy. Stwierdziłam, że nie dam rady się pociąć. Chciałam zobaczyć jak to jest. Podobno przychodzi ulga. To było silniejsze od mnie. Nie dałam rady się pociąć. Może tak miało być, że musi być ten dół.

A do tego dołu można dorzucić babcię w szpitalu. Okazało się, że przed moim bierzmowaniem babcia zesłabła w mieście. Po tygodniu wszystko wróciło do normy, ale nie zapomnę tamtych chwil. Płacz, strach to były naprawdę mocne emocje. Okazało się, że babcia miała zawał. W dodatku jest cukrzykiem i ma mnóstwo chorób. A obecną chwilę babcia przebywa w domu, można by rzec, że wszystko wróciło do normy.

Podobno po każdej burzy przychodzi słońce. Chodź jak patrzę z perspektywy czasu to taki dół jest potrzebny by po rozmyślać, zastanowić się nad sobą. Czułam, że jak łzy spływały po policzku to przychodziła ulga. Płacz pomógł mi wylać, co tam w środku siedziało.

Wiedziałam, że pani od niemieckiego ma dyżur w szatni w poniedziałek. Podeszłam do niej by z nią porozmawiać. Ona też ma ciężką sytuację, bo jej mama choruje na nieuleczalną chorobę. Cały czas przebywa w szpitalu. Podziwiam ją, że potrafi oddzielić pracę zawodową od życia prywatnego, choć nie zawsze się to udaje.

Wysłuchała mnie. Przy okazji dowiedziała się dużo ciekawych rzeczy. Po tej rozmowie poczułam niesamowitą ulgę. Na pierwszej lekcji chciało mi się płakać, czułam ten dół. A po rozmowie z tą panią poczułam, że taki wielki głaz spadł z mojego wnętrza. Teraz rozumiem, gdy ktoś mówi, że jest obok. Warto być obok, by ta osoba mogła się po prostu wygadać. To jest ważne. Lepiej jest wyrzucić teraz co nas gryzie, niż miałoby to wrócić z podwójną siłą.

Wydaje się nam, że nauczyciel na przerwach jest taki sam jak na lekcjach. A czasem warto do niego podejść i tak pogadać lub w ogóle o coś zapytać. A później rozmowa jakoś sama idzie. Gdy poznaje się historię drugiej osoby, to ta osoba pozwala nam patrzeć przez swoje oczy. Możemy zobaczyć jak ona postrzega pewne sprawy.

Negatywne rzeczy próbuje blokować. Czyli nie dopuszczam ich to siebie. Jedna osoba powiedziała mi, że jak iskra spadnie nam na rękaw i szybko strzepniemy tą iskrę to nie wyrządzi nam krzywdy. A jak ją przetrzymamy dłużej to może nam wypalić dziurę.

W następnym wpisie opublikuje mój wiesz, który napisałam na dzień matki. Na matmie wyciągnęłam kartkę i zaczęłam pisać. Wersy same się układały w całość. A ręka była tylko narzędziem, by myśli przenieść na papier. Jest to smutny wiersz. Moi rodzice zareagowali bardzo negatywnie. Ale ja się cieszę, że go napisałam, bo wylałam z siebie to co siedziało tam w głębi. Znów jak wyrzuciłam to z siebie to poczułam coś w rodzaju takiej ulgi.

Wiersze też pomagają tak wyżalić się, później można to zachować lub spalić. Nie trzeba być uzdolnionym by napisać co nam leży na sercu. Wystarczy wejść w kontakt z samym sobą. I najważniejsze, żeby nie robić tego z przymusu. Jak coś robimy z prymusu, to nasze efekty jakieś pracy są kiepskie. Jednym z moich marzeń było, napisać wiersz z przesłaniem metaforycznym, takie jak pisała m.in Wisława Szymborska. W któregoś dnia przyszło to samo. Tak powstał mój wiersz pt. „Jedno słowo”. Ja osobiście jestem z tego wiersza dumna.

Do następnego wpisu. Cześć :)